Tarquinia – ślady Etrusków


Tarquinia – miasto, które pamięta głębiej

Do Tarquinii przyjeżdża się zwykle z myślą o etruskich grobowcach. Ja zacząłem inaczej – od miasta i od muzeum. Od ciszy murów, od przedmiotów, które przetrwały tysiące lat, i od spaceru ulicami, gdzie historia jest codziennością.

Muzeum Etruskie – Palazzo Vitelleschi

Muzeum Narodowe w Tarquinii mieści się w renesansowym Palazzo Vitelleschi, ale to, co najważniejsze, znajduje się dużo głębiej – w czasie. Eksponaty opowiadają własną historię.

Najbardziej poruszają ceramiczne naczynia i amfory – często nieidealne, noszące ślady użytkowania. Etruskowie nie traktowali ich jak dzieł sztuki w naszym rozumieniu. To były przedmioty życia codziennego, a jednocześnie towarzysze zmarłych w drodze do zaświatów. Wiele z nich zdobią sceny biesiad, tańców i rytuałów – świat Etrusków był zaskakująco radosny, pełen ruchu, cielesności i erotyki.

Szczególną uwagę zwracają naczynia z przedstawieniami ludzkich postaci – często bardzo śmiałymi. Etruskowie nie bali się ciała, bliskości, emocji. W przeciwieństwie do późniejszej kultury rzymskiej, ich sztuka była bardziej intymna, mniej pomnikowa. Człowiek był w centrum, nie idea.

W muzeum zobaczyć można również kamienne i terakotowe sarkofagi, gdzie zmarli przedstawieni są w pozycji półleżącej, jakby wciąż uczestniczyli w uczcie. To nie była kultura strachu przed śmiercią – raczej próba jej oswojenia.

Ciekawostką są też inskrypcje w języku etruskim – wciąż nie do końca rozszyfrowanym.

Spacer po starej Tarquinii

Stara część Tarquinii to kamień, cisza i widok na przestrzeń. Wąskie uliczki, mury pamiętające średniowiecze, romańskie kościoły i place, na których czas płynie wolniej. Spacerując, co chwilę trafia się na punkty widokowe – miasto stoi wysoko, a krajobraz rozciąga się aż po linię morza.

Szczególnie mocne wrażenie robią miejskie mury i baszty – surowe, niemal ascetyczne. Są jak rama dla pejzażu, który zmienia się z porami dnia. O zachodzie słońca Tarquinia staje się miejscem niemal kontemplacyjnym – światło mięknie, pozwala fotografowi na inne spojrzenie na miasto.

Już wiem, że do Tarquinii trzeba wrócić. Następnym razem celem wyprawy będzie nekropolia Monterozzi – etruskie grobowce z malowidłami, które podobno są jednym z najpełniejszych świadectw ich świata. Malarstwo, które przetrwało pod ziemią, gdy całe cywilizacje zniknęły z powierzchni.

I jeszcze wybrzeże – morze, które było dla Etrusków bramą do handlu, kontaktów i wpływów. Tarquinia nie istniała w izolacji – była częścią śródziemnomorskiej sieci, pulsującej życiem.

Na koniec

Tarquinia nie krzyczy swoją historią. Trzeba się zatrzymać, wejść do muzeum, przejść się bez celu. Dopiero wtedy zaczyna mówić – o ludziach, którzy żyli tu przed Rzymem, i o tym, że kultura Europy ma korzenie głębsze, niż często chcemy pamiętać.

To miasto, do którego się nie wpada. Do niego się wraca.

Dodaj komentarz